|
Wiem, że masz w domu ponad tysiąc płyt, więc nie powinieneś mieć kłopotów z odpowiedzią na pytanie, kto jest autorem słów: „too old to rock and roll, too young to die”?
- To piosenka, ale też nazwa całego albumu brytyjskiego zespołu Jethro Tull. Oczywiście mam gdzieś na swojej półce tę płytę. Ale dlaczego o to pytasz, chcesz pożyczyć?
- Nie, dzięki. Pytam, bo ostatnio podczas waszego koncertu z okazji 25lecia T.LOVE przypomniałem sobie ten utwór. Muniek, bez urazy, nie czujesz się już za stary do rock'n'rolla?
- Ostatnio często musze zmagać się z tym pytaniem. I powiem tak: przez te 25 lat nigdy nie udawałem kogoś innego niż jestem. Mam świadomość tego, że jestem coraz starszy i że, na scenie można być starym jak Mick Jagger albo jak Bob Dylan. Zdecydowanie bliższa jest mi ta druga postawa. Jagger jest okey, mam dla niego szacunek, byłem na kilku koncertach, ale to co robi teraz, to już błazenada. Ja występując na scenie nie czuję jeszcze obciachu, ale nie potrafię odpowiedzieć ile to może potrwać. Staram się o tym nie myśleć. Z drugiej strony, rok temu, po pięciu latach przerwy, wydaliśmy nowy album „I Hate Rock'n'Roll” i od tego momentu zagraliśmy ponad sto koncertów, wszędzie wypełniając salę. Mam więc prawo uważać, że to co robimy ma sens. Ludzie nas słuchają i traktują poważnie. Także warto dla nich jeszcze trochę pograć. A jeśli się komuś nie podoba, to zawsze mówię, że T.LOVE nie jest żadną obowiązkową lekturą, nikt nie musi przychodzić i płacić za bilet na jakiegoś ramola.
Nie dziwi Cię trochę fakt, że Ty - siwiejący facet po czterdziestce - wciąż przyciągasz nowe, coraz młodsze pokolenia fanów?
- To jest świetna rzecz, która sprawia mi ogromną radość i uważam za największy sukces T.LOVE! Nowi ludzie przychodzą, biorą coś od tego zespołu i odchodzą. Bo też T.LOVE nie jest zespołem, który zamyka się w określonej grupie. Myślę, że piosenki, które piszę są na tyle szczere, że wciąż trafiają do młodych, otwartych głów. Mój syn Janek ma 17 lat i ostatnio zauważyłem, że coraz częściej zagląda na nasze koncerty i sięga po płyty. A wcześniej zupełnie go to nie obchodziło. W listopadzie na koncert zabrał swoich kumpli, którzy położyli już laskę na ten zespół, a po koncercie stwierdzili, że to jednak fajna kapela. Od tamtej pory u jego kumpli mam do przodu. W ogóle wydaje mi się, że mimo różnicy wieku, wciąż z młodzieżą mam dobrą klimę. Lubię naszych fanów i mam dla nich ogromny szacunek.
Mnie zastanawia to, że w Polsce przed klubem w najdłuższej kolejce stoję przed koncertem T.LOVE, Pidżamy Porno czy Kazika. A przecież rock jest muzyką młodych, zbuntowanych ludzi, a nie tych z rocznika '63. Bo niby skąd Ty możesz znać sytuację i problemy swojego słuchacza?
- Ja nie mówię w imieniu ludzi młodych o ich problemach. Mówię w swoim imieniu - Muńka, Zygmunta Staszczyka, obserwatora wiąż zmieniającej się rzeczywistości. Inspiracją są moje własne doświadczenia. I staram się to przekazywać w sposób jak najbardziej szczery. Wierz mi, że byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym w tej chwili usłyszał jakiś band gości mających po dwadzieścia lat, którzy nie w formie bitów i hip-hopu, pokazaliby mi obraz pokolenia. Brakuje mi chłopaków przygotowanych do grania, ale nie mających obciążeń typu Jarocin, którzy będą naśladowali Pidżamę Porno, punka z przed trzydziestu lat. To jest dla mnie już nudne.
Zanim skróciłeś nazwę do T.LOVE, zespół koncertował jako Teenage Love Alternative Do którego z tych trzech słów najbliżej dziś Muńkowi?
- Chyba najbardziej do love, bo wciąż uważam, że to ogromna siła. Altenative już mniej, a teenage? Wiesz, nie chcę gadać jak podstarzali muzycy, że czuję się młodo i mam megapower. Czasami jest fajnie, a czasami nie, jak w życiu. Ale z drugiej strony u każdego grającego na scenie faceta ta młodość jest przedłużona.
A pamiętasz jeszcze swoje szkolne czasy?
- Bardziej z ogólniaka, bo z podstawówki pamiętam tylko tyle, że na rozpoczęcie roku zaprowadziła mnie babcia i to odprowadzanie trwało dość długo. Natomiast różne, fajne sytuacje z ogólniaka, choć minęło już ćwierć wieku, pamiętam jakby zdarzyły wczoraj. Śpiewam zresztą o nich w piosence „IV L.O”.
Co wyróżniało ten ogólniak spośród innych, że zdecydowałeś się poświęcić mu cały utwór?
- Ten tekst napisałem zaraz po maturze. Okazało się, że te cztery lata, które tam spędziłem były dla mnie ważne. Większość ludzi, których znam nie lubi szkoły, a ja te czasy wspominam miło. Nie miałem większych problemów, nie byłem molestowany psychicznie przez nauczycieli-psycholi. Liceum Sienkiewicza w Częstochowie jest jednym z najstarszych ogólniaków w mieście. To, oczywiście wyrażając się w pozytywnym znaczeniu szkoła dość staroświecka, która ma swoją tradycję i historię sięgająca XIX wieku. Dyrekcja liceum trzymała się starych, dobrych zasad, jeszcze z czasów przedwojennych, jak na przykład nakaz noszenia granatowych mundurków, co miało swój perwersyjny klimat. Niedawno przy okazji kręcenia dokumentu o T.LOVE odwiedziłem IV L.O i mogłem posiedzieć dłużej w swojej klasie. Od razu w głowie wyświetlił mi się fajny film, coś na maxa przyjemnego. Uświadomiłem sobie, że ta szkoła mocno mnie ukształtowała. W liceum tak wiele rzeczy się zaczęło...
No właśnie. To przecież tam zaraziłeś się punk rockiem. Tam też, po garażowym graniu, Teenage Love Alternative zadebiutował przed publicznością.
- Zajrzałem też salę gimnastyczną, gdzie daliśmy nasz pierwszy, historyczny występ, właśnie jako TLA. To była moja studniówka i sam wiesz, jak to bywa na takich imprezach - byliśmy już lekko pod wpływem, do tego grać nie umieliśmy w ogóle. To był straszny łomot, choć niektórzy starali się przy tym tańczyć w parach, jakby do tańca przygrywała im kapela weselna.
I jest jeszcze coś, co zawdzięczasz IV LO. Opowiedz jak to było z tym Twoim artystycznym pseudonimem.
- Muniek to nie był żaden pseudonim artystyczny. Podczas pierwszej lekcji muzyki, kiedy profesor czytał listę obecności zapytał: „Jak na Ciebie mówią w domu. Munio, Muniek?”. Mnie nikt nigdy wcześniej tak nie nazwał, ale od tamtej lekcji ten Muniek tak już został. Początkowo przyjął się jedynie w klasie, a potem zrósł ze mną na długie lata. Kiedy przedstawiam się jako Zygmunt, myślą, że się wygłupiam na zasadzie: „Cześć, Zygmunt jestem” - „A ja Zdzisław”.
W dorobku T. LOVE jest słynna piosenka o liceum, ale oprócz utworu „Warszawa” trudno znaleźć takie wspomnienie o studiach. Przez dziewięć lat studiów na filologii polskiej UW nie zauważyłeś nic, co warto byłoby opisać?
- To właśnie „Warszawa” jest takim utworem o studiach. Ona opowiada o życiu studenckim. O tym, że idziemy do knajpy i nie mamy kasy, że kelner nas olewa i skończymy o świcie, że Grochów się budzi z przepicia, a Grochów to był mój akademik na Kickiego, o tym, że Krakowskie Przedmieście zalane jest słońcem, a Krakowskie Przedmieście to był uniwerek. To jest moja najbardziej studencka piosenka - „Warszawa”, naprawdę, dobrze trafiłeś. Choć na pewno nie jest tak bezpośrednia jak „IV LO”.
Studiowałeś aż dziewięć lat, więc pytanie jak radziłeś sobie z zaliczeniami będzie nie na miejscu?
- Wiesz, jak się gra w zespole, jak to jest dla ciebie ważne, to coś musi iść w odstawkę. Ale w tamtych czasach takich weteranów jak ja było wielu. Teraz jest inaczej i młodzież już wybierając studia ma wizję swojego życia w przyszłości. Do tego dziś można studiować, gdzie się tylko chce. I najlepiej szybko, bo życie w UE kosztuje. My byliśmy trochę, jak dzieci we mgle. To były zupełnie inne realia i nasza młodość ciągle się przedłużała, Nie było za bardzo do czego się spieszyć, bo dorosłe życie oznaczało nieciekawą pracę za niewielkie pieniądze. Bo kim można było zostać w komunizmie? Harcerzem, monterem w hucie, aktywistą w ZSP?! Teraz nie opłaca się długo studiować, bo życie jest szybsze. Nawet w porównaniu z latami 90. Ja jestem pokoleniem stanu wojennego, wy jesteście pokoleniem ogólnego globalu. Dużego dostępu do wszystkiego. Tylko wybrać w tym wszystkim jest trudno. Ale fajny jest ten świat, chociaż dużo bardziej skomplikowany, niż kiedyś.
Po pięciu latach spędzonych w akademiku na Grochowie, z perspektywy własnych doświadczeń, jakich rad możesz udzielić studentowi zaczynającemu akademickie życie?
- Jedną na pewno. Nie polecam mieszkania w akademiku dłużej niż 5 lat, bo to grozi niebezpieczeństwem.
Rozmawiał Bartłomiej Pawlak
MUNIEK STASZCZYK, a właściwie Zygmunt Staszczyk jest pisząco-śpiewającym frontmanem zespołu T.LOVE. Absolwent polonistyki UW oraz częstochowskiego IV L.O., będącego miejscem debiutu i bohaterem jednego z pierwszych przebojów zespołu Teenage Love Alternative. Jako jedyny z pierwotnego składu gra w nim do dziś. T.LOVE to nie jedyne przedsięwzięcie muzyczne Muńka, w 1995 r. wraz z Andrzejem Żeńczewskim założył zespół Szwagierkolaska. 5 listopada skończył 43 lata, ma dwójkę dzieci (Jasia i Marysię).
|